Cześć!
Kilka dni temu wpadłyśmy do Rossmanna po kilka niezbędnych kosmetyków. Dobra, właściwie nie były aż tak niezbędne, ale wiecie jak to jest. Szczególnie, że sklep przywitał nas masą karteczek z naszym ulubionym napisem 'przecena'. Tym sposobem do naszego koszyka trafiły całkiem nieplanowane maseczki, farby do włosów i dekoloryzator. Właśnie o nim chcę Wam dziś opowiedzieć. :)
Jak wiecie, lub nie, moje włosy to historia barw i odcieni. Od blondu po czerń, choć ostatnio dominują czerwienie. Tak czy inaczej zasadniczym problemem są u mnie końcówki, które po zafarbowaniu na różowo sprały się na okropną zieleń. W dodatku każda farba wytrzymuje na nich do około trzeciego mycia i znow przebija się zieleń.
Kupując dekoloryzator myślałam o ściągnięciu czerwieni i wyrównaniu włosów przy pomocy jasnego brązu z Palette. Farby tej marki trzymają się u mnie najlepiej, ale nie o tym.
Wracając do dekoloryzatora - kupiłam dwa opakowania, aby pokryć dokładnie całe włosy. Producent zaleca trzymanie produktu na włosach 25-45 minut. Znając stan moich włosów zdecydowałam się na górną granicę.
Produkt sam w sobie nie drażnił zapachem, jak to mają w zwyczaju rozjaśniacze i inne tego typu produkty. Nie zauważyłam też przy podrażniał skórę głosy, piekł czy cokolwiek w ten deseń. Nakładał się bez problemu, jak każda farba do użytku domowego. Po odczekaniu i spłukaniu preparatu, moim oczom ukazała się wyblakła czerwień. Kolor może i znośny, choć spodziewałam się silniejszego działania. Najgorzej włosy wyglądały tam, gdzie nie było nic do ściągania. Produkt do zdejmowania farb, odbarwił mi naturalny odrost do totalnie żółtego odcienia blondu.
Nie jestem zadowolona z działania tego produktu. Jak wspomniałam, spodziewałam się wyraźniejszego efektu. Choć dekoloryzator nie wpłynął negatywnie na kondycję moich włosów, nie ułatwił mi też zmiany koloru. Brąz, na który się zdecydowałam wyszedł średnio. Co tu dużo mówić, same zobaczcie. Czuję wizytę u fryzjera, a bardzo tego nie lubię.















